Wydaje mi się, że ten, kto odkryje prawdziwe szczęście, odczuwa w sobie jednocześnie przemożną chęć dzielenia się nim z innymi wokół. „Propagacja” szczęścia w świecie przypomina mi trochę plotyńską formułę określającą dobro: bonum est diffusivum sui– z samej już swojej natury dobro chce rozlewać się na inne byty.

W ostatnim wpisie dzieliłem się z Wami szczęściem, które spotkało naszą rodzinę. Przyjmujemy nowe życie jako bezcenny dar, będąc jednocześnie świadomymi powiększenia trudu rodzicielskich obowiązków.

Ciało mojej Żony coraz bardziej potrzebuje odpoczynku i regeneracji, tak podczas nocnego snu, jak również choćby przez chwilę w ciągu dnia. A tu wciąż jeszcze nasza Najmłodsza-z-urodzonych budzi się po nocach, wzywając nas do siebie nawet po kilka razy. Osłabiony kręgosłup jej matki, pobolewające nogi… Radość na ziemi przeważnie doprawiona jest szczyptą trudu i bólu. Jeżeli prawdziwa miłość daje z siebie, to nie może obejść się bez rezygnacji, bez oddania czegoś, co miłe, już oswojone i drogie naszemu sercu.

Kiedy odkryliśmy, że czekamy na Maleństwo, pomyśleliśmy, że być może czas już przeorganizować nasze życie. Ale kiedy dowiedzieliśmy się, że spodziewamy się dwojaczków, zdobyliśmy pewność, że powinienem poszukać takiej pracy, w której mógłbym w dużej mierze sam organizować jej czas i związanie z nią obowiązki. Bardzo ucieszyłem się, że Młoda przestała już być karmiona piersią i że w końcu to ja będę mógł do niej wstawać w nocy, tak żeby moja Ukochana wreszcie mogła się wysypiać. Dlatego też bardzo zależało mi na tym, żeby znaleźć taką pracę, która pozwoli mi w większym stopniu pomagać jej w obowiązkach domowych, takich jak odprowadzanie i przyprowadzanie dzieci ze szkoły, zakupy, wszelkie prace związane z dźwiganiem, mocniejszym wysiłkiem…

Nierzadko doświadczam tego, że wraz z nadejściem w życiu nowego etapu, który przynosi z sobą wspaniałe możliwości, trzeba mi pożegnać się z tym, do czego już się przywiązałem, co stało się takie mocno moje, poznane i pokochane. Żeby spróbować zdobyć pracę dającą mi pewną „elastyczność” czasową, musiałem niemal całkowicie odejść z pięknego miejsca, w którym przez prawie osiem lat kształtowało się moje człowieczeństwo.

Miejscem tym jest Przyjazny Dom. Chciałbym napisać, ile zawdzięczam osobom, które tam spotkałem, ale jestem świadom tego, że żadne słowa nie oddadzą cudowności relacji, które tam nawiązałem. Powinienem pewnie zamieścić dobrych kilka wpisów (sądzę, że będę wracał do tego tematu), żeby choć w jakimś stopniu ukazać Wam, jak wielkim dla mnie darem była praca w Przyjaznym Domu. Patrząc na moją historię postrzegam ją w klimacie ironicznego humoru: przez wiele lat marzyłem o tym, żeby zostać pracownikiem naukowym, działać w towarzystwie osób, dla których priorytetem jest systematyczna analiza rzeczywistości. Tymczasem moje życie od wielu już lat wygląda tak, że na co dzień przebywam z gromadką dzieci w domu, a w pracy z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. I ja, który chciałem nauczać innych, stałem się uczniem tych, których powszechnie nie posądza się o dar nauczania. Jestem też przekonany, że jako rodzic, opiekun i terapeuta nie nauczyłem nikogo w moim środowisku tyle, ile sam zostałem tam nauczony. Nie wyświadczyłem tam nikomu tyle dobra, ile sam przyjąłem. Zauważyłem przy tym, iż często jest tak, że z wielkimi oporami zabieramy się do jakiegoś dzieła, wykonujemy je i jesteśmy zadowoleni, że zrobiliśmy coś dobrego, może nawet wielkiego. Tymczasem za całym tym przedsięwzięciem skrywa się taka prawda, że to my potrzebowaliśmy wsparcia i w naszym dziele otrzymaliśmy więcej dobra od ludzi wokół, niż byliśmy w stanie komukolwiek wyświadczyć.

Teraz jednak, przyjmuję nowy dar, jednocześnie rezygnując z tego, co takie cenne. Postanowiliśmy, że wrócę do mojego wcześniejszego zawodu, w którym łączyłem jedną z moich pasji z pracą zarobkową. Wracam do fotografowania.