Zdjęcia mają pewną cechę, która sprawia, że oglądając je, przebiega mnie niekiedy po plecach dreszczyk. Otóż patrzę na fotografię, która przedstawia jakąś nieznaną mi osobę: młodą i z wyglądu pogodną. Widząc ją wyobrażam sobie niejasno jej nadzieje na przyszłość, jej plany i marzenia. Myślę sobie o całej narracji jej życia, o niespodziankach, które to życie przyniesie, o szansach na radość i smutek. A po chwili dociera do mnie, że przecież mogę spojrzeć na historię tego życia jakby z drugiego końca. Z jakimś dziwnym przerażeniem stwierdzam, że historia ta, tutaj na ziemi, dawno już się skończyła. Tak niewiele po tej osobie pozostało… Jednocześnie zatem wiem, że przed człowiekiem, na którego spoglądam, czekają być może jeszcze całe lata wydarzeń, radości, walki o życie, i wiem też, że w rzeczywistości już wszystko za nim, że została jedynie pamięć, obecność w sercach tych, którzy go znali, co nieco słyszeli. Daj Boże pamięć przychylna.

Przeważnie jednak patrząc na zdjęcia nie doznaję uczuć tak skrajnych. Widzę kogoś za młodu, wiem też, jak dziś wygląda. I tam pięknie, i tu ciekawie. Dziś właśnie chciałbym króciutko odnieść się do paru zdjęć, które znalazłem ostatnio na naszym „archiwalnym” dysku. To zdjęcia z roku 2008, z czasu, gdy mieszkaliśmy z żoną i trójką dzieci w małym, uroczym miasteczku. Pewnego dnia wybraliśmy się z dwiema córkami i synem na spacer. Był listopad, wspomnienie wiernych zmarłych, a my z młodymi ruszyliśmy radośnie zdobyć miejscowy szczyt- niewiele ponad 200 m n.p.m.

Dziś to zdjęcie wydaje mi się dość metaforyczne. Wybraliśmy się na naszą wyprawę we mgle, przed nami roztaczał się mocno zamazany widok bardzo atrakcyjnego wzgórza, niejasna obietnica czegoś pięknego. Wyruszyliśmy nie wiedząc dokładnie, co przed nami. Nie zastanawialiśmy się wówczas nigdy nad ewentualnym trudem naszych wycieczek. Po prostu przeczuwaliśmy piękno wyprawy, ekscytację małej przygody kolejnego dnia. I taki właśnie charakter miało to nasze życie… (dziś już jesteśmy trochę bardziej przewidujący- starzejemy się, czy jak?) Absolutnie nie domyśliłbym się wówczas, maszerując z synem i dwiema córkami (młodsza na zdjęciu na rękach mojej żony), jak będzie wyglądać nasza rodzina za dziesięć lat! Patrząc na tamte zdjęcia z 2008 roku stawiam siebie w sytuacji wyjścia w podróż życia rodzinnego: przeczuwam jego piękno, nie mając pojęcia, co mnie czeka. Wcale nie pomyślałbym o tym, co chcę teraz z radością oznajmić, że czekając na bliźnięta, czekamy prawdopodobnie (tak uważa lekarz) na kolejne dwie córki! Już teraz dziewczyny, na początku wieku nastoletniego, wiele- ujmując to skrótowo- gadają, głośno się spierają, przeżywają dość skomplikowane stany emocjonalne. I znowu nie wiem, co przede mną…

[siteorigin_widget class=”SiteOrigin_Widget_Image_Widget”][/siteorigin_widget]

Ale biorąc pod uwagę doświadczenia innych rodziców w wychowywaniu nastolatek, już drżę z niepokoju, jak będzie wyglądał nasz dom za parę lat, gdy będzie w nim trajkotało osiem pięknych córek- każda z nieskończenie skomplikowaną kobiecą psychiką urozmaiconą dodatkowo urokiem dorastania. Na ostatnim zdjęciu możecie zobaczyć, jak ta sama dziewczynka w żółtym skafandrze wygląda dziś, po dziesięciu latach…