Bliźniaczki

Witajcie! Wyznaję, że od dłuższego już czasu narasta we mnie pragnienie spisania historii pewnego rodzeństwa. Ponieważ historia ta jest piękna i niezwykle pouczająca, postanowiłem, że nie będę chował jej wyłącznie dla siebie i moich najbliższych, lecz podzielę się nią z innymi. Czuję się wręcz zobowiązany wobec wielu osób, by przedstawić ją na łamach tego bloga.

Pewnego dnia małżonkowie z wielką radością potwierdzili swoje przypuszczenie, że pod sercem kobiety zakwitło nowe życie. Nowe życie, nowa nadzieja, na nowo dojrzewająca miłość… Radość mężczyzny była tym większa, że nieśmiało przez wiele lat liczył na to, że kiedyś zostanie ojcem bliźniąt. I proszę, lekarz po wykonaniu badania oznajmił, że małżonkowie oczekują dwojga dzieci! Piękne są chwile, w których takie oczekiwania znajdują swoje spełnienie.

O ile dobrze przypominam sobie tę historię, rodzice przeczuwali, że bliźnięta to dziewczynki. Jakoś tak po prostu być musiało. Kolejna standardowa wizyta u lekarza i kolejne badanie przyniosło rodzicom dwie ważne informacje. Po pierwsze, z bardzo, bardzo dużym prawdopodobieństwem można było stwierdzić, że dzieci, na które czekają, to faktycznie dziewczynki. Po drugie, życie jednej z dziewczynek mogło być zagrożone; lekarz zasiał niepokój w sercach rodziców informując o pewnych objawach wskazujących na problem ze zdrowiem. Jaki to problem- nie było wiadomo, ale należało liczyć się z tym, że raczej poważny…

Od czasu, gdy rodzice podzielili się ze znajomymi swoimi obawami dotyczącymi jednej z bliźniaczek, otoczeni zostali wielką życzliwością i serdecznym zainteresowaniem. Wiele osób pocieszało ich, że niepokojące objawy, na które zwrócił uwagę lekarz, tak naprawdę na nic konkretnego nie wskazują. Może tak się zdarzyć (a krąży wiele takich historii), że dziewczynka urodzi się po prostu zdrowa, więc nie ma co martwić się na zapas.

Pierwszych kilkanaście tygodni tego błogosławionego stanu oczekiwania upłynęło w zasadzie w radości podszytej jedynie lekkim niepokojem. Tak to już jest z miłością, że troska o kochaną osobę jest jej naturalną składową. Niepokój rodziców zaczął jednak z czasem narastać. W 22 tygodniu matka z powodu coraz bardziej uciążliwych nieprawidłowości trafiła do szpitala. Okazało się, że musi spędzić tam wiele dni.

Mąż odwiedzał ją co wieczór. Pewnego razu, gdy przyszedł, żona wyszła mu naprzeciw zapłakana i przytłoczona ogromnym żalem. Dziewczynka nie żyje…

…..

Kilkanaście dni po tej tragedii stało się niemal pewne, że poród drugiej dziewczynki nastąpi lada dzień, lada godzinę. Można było do pewnego stopnia zwiększyć szanse jej przeżycia poprzez stymulację rozwoju nierozwiniętych jeszcze płuc i kibicować, by nie spieszyła się za bardzo z przyjściem na nasz świat. Niewiele jednak czasu miała druga z dziewczynek, by przygotować swoje słabe ciałko na zderzenie z totalnie inną rzeczywistością. Wkrótce się urodziła i w ciężkim stanie trafiła na Oddział Intensywnej Terapii Noworodków i Wcześniaków. Podłączona licznymi przewodami do rozmaitych urządzeń rozpoczęła walkę o życie. Nie było łatwo: poważna wada serca, niedorozwinięte płuca, rotawirusy, sepsa, poważne problemy z oczami…

Wygrała walkę. Cudem. Trzy ciężkie miesiące na oddziale. Każdego dnia jej kruchego życia śmierć jawiła się przedziwnie realna, namacalna. Kiedy straci się jedno dziecko, ból rodzica stawia wszystkie sprawy w zupełnie innym świetle. To MOŻE się wydarzyć. Śmierć bezbronnego maleństwa jest zupełnie realną wizją, rzucającą cień lęku na doświadczanie życia innych.

A co takiego urzekło mnie w tej historii?

Dziewczynkę, z niepokojąco mocno podwyższoną przeziernością karkową, nazwaliśmy- Marysia. Drugą z dziewczynek- Agatka. Bardzo martwiliśmy się o Marysię. Kiedy moja żona trafiła do szpitala z problemami w przebiegu jej błogosławionego stanu, pewien siebie lekarz stwierdził, że Marysia ma najprawdopodobniej poważną wadę genetyczną i że, ogólnie rzecz biorąc, nic dobrego nas nie czeka. Życie Marysi zawisło na włosku, ja z ósemką dzieci zostałem w domu. Każdego wieczora, po uporaniu się z ojcowskimi obowiązkami od przytulenia po wywieszenie prania, gdy tylko położyłem spać najmłodszą córkę, leciałem do szpitala zobaczyć się z obolałą Żoną.

Nadzieja jednak nie opuszczała nas prawie nigdy, ponieważ dane nam było dostrzec piękno drugiego człowieka.

Otwórzcie sobie jakiś portal informacyjny (a dziś jest to jedno z podstawowych źródeł czerpania wiedzy o świecie) i przeczytajcie, co dzieje się wokół. Jest czym się smucić… Czytamy o ludziach nieczułych na cierpienie innych, o zalewającym nas złu płynącym z przewrotnej natury ludzkiej. Tymczasem ja wychodziłem na ulicę, do sklepu, przed dom, otwierałem facebooka, skrzynkę mailową itd. i spotykałem ludzi autentycznie zainteresowanych naszym dramatem, gotowym nieść nam pomoc w razie potrzeby, pocieszających nas i zapewniających o naszej obecności w ich sercach. Na ulicy- dosłownie- i w internecie spotykałem osoby, których prawie nie znałem, a które z przejęciem pytały o los naszych córek. Pewnego wieczoru moja Żona, ze łzami w oczach powiedziała, że Agatka nie żyje. Jej śmierć wstrząsnęła całą naszą rodziną. W równym jednak stopniu nas zaskoczyła, bo przecież odeszła właśnie ona- zdrowo rozwijające się dziecko…A Marysia żyła! Parę dni później, kiedy wszyscy kibicowaliśmy, żeby jeszcze trochę poczekała, ona wbrew naszym nadziejom mając zaledwie 26 tygodni urodziła się jako wcześniak w stanie krytycznym, obciążona poważną wadą serca. Wolna jednak od tych wad genetycznych, o których nas prawie zapewniano. Trudno byłoby mi opisać wszystko, przez co ta dzielna dziewczynka przeszła- jej wypis ze szpitala to 40 stron A4!

W naszych przeżyciach tamtego czasu ból i niepokój wciąż mieszały się z radością i podziwem dla dobra i poświęcenia drugiego człowieka.

Podziwiałem tak moją Żonę, jak i pielęgniarki na oddziale, które z wielkim oddaniem i czułością zajmowały się Marysią przez trzy miesiące. Wszystkim ludziom jestem niezmiernie wdzięczny.

Dziś Marysia jest już w domu z nami od czterech miesięcy. Ze względu na „bogatą przeszłość kliniczną” chodzimy z nią do wielu specjalistów. Każdy jest zadziwiony zdrową dziewczynką! Pewnie, nie wiadomo jeszcze do końca, co ze wzrokiem (choć nie jest najgorzej), co ze słuchem (choć na razie wyniki są pozytywne), co dalej z sercem… Ale żyje, jest pogodna, radosna, kontaktowa i ujmuje wszystkich za serce! Każdy, kto zastanowi się przynajmniej na moment nad tą historią, znajdzie wiele pouczeń. Nie będę się rozpisywał- każdy widzi to, czego mu potrzeba. Pomyślcie proszę, zwłaszcza w tym czasie świątecznym, ile dobra rodzi się na ziemi każdego dnia. Dobra, które nie jest krzykliwe, nie reklamuje się na billboardach, ale przychodzi w ciszy… Nie obiecuje ono łatwych spłat, owszem, wymaga i czasem rani serce, ale daje tyle radości, otwiera na piękno… Pozwólmy się nim zaskoczyć, zdystansujmy się do naszych obaw, lęków i braków, bo i tak scenariusz, który rozgrywa się w naszym życiu, jest przeważnie inny od tego, który niezdarnie sobie projektujemy…