Co i jak

Co i jak

Przyczynkiem do powstania tego wpisu jest pewna myśl spisana przez Davida du Chemin w jego książce „Zdjęcia z duszą”:

[…] wiedza o tym, jak chcemy robić zdjęcia, jest równie ważna, jak wiedza, co chcemy nimi wyrazić. […] Zapewne najlepiej jest więc pracować ze świadomością, że nasza wizja będzie skłonna raczej objawiać się stopniowo, a nie za jednym razem. Ale się objawi.

Spoglądając wstecz na kilkanaście lat mojej przygody z fotografowaniem, dostrzegam w niej pewną analogię do drogi, którą podążam w rozwoju miłości wobec bliskich. Pierwsza fascynacja pięknem wzbudziła w sercu pragnienie wznoszenia się ku głębszym znaczeniom. Kilkanaście lat temu, gdy zacząłem fotografować, zostałem oczarowany możliwością zatrzymania dla siebie ulotnego piękna przelatującego mi przed oczami w krótkich migawkach. Wschód słońca nad łąką, światełka w kroplach rosy, myszołów na pieńku w polu, wdzięk ukochanej dziewczyny…

Prędko dałem się ponieść szałowi zdobywania wiedzy technicznej o tym, jakiego sprzętu fotograficznego używać, jak robić zdjęcia, by były ładniejsze, by jeszcze mocniej oddziaływały na mnie, na bliskich, na moich klientów. By przemawiały swoim urokiem.

Z czasem zapragnąłem robić zdjęcia bardziej świadomie. Wprawdzie od razu pojawiła się obawa, czy refleksja nie zabije spontanicznej zdolności chwytania piękna, ale moje ciągłe dążenie do odnajdywania głębszych sensów we wszelkiej działalności przezwyciężyło te niepokoje. Zacząłem coraz mocniej zastanawiać się nad tym, co wnosi do życia rodzinnego staranne warsztatowo wykonywanie fotografii. Pierwsze pytanie, które sobie postawiłem, brzmiało: czy zdjęcia powinny być świetne technicznie, by po latach przedstawiać wartość dla rodziny?

Przez długi czas nurtowała mnie wypowiedź mojego nauczyciela fotografii, dziś już nieżyjącego Wojciecha Zawadzkiego. Komentując przyniesione na jego lekcję prace powiedział, że jest on w stanie (mając za sobą wiele lat doświadczeń) sfotografować niemal wszystko pod względem technicznym wyśmienicie. Tylko, po co?- dodał.

W pewnym momencie starań o rozwój warsztatu fotograficznego, samo piękno estetyczne przestało mi wystarczać. Zacząłem zastanawiać się raczej nad tym, co warto przedstawiać, w co inwestować czas i siły, których przy coraz liczniejszych obowiązkach rodzinnych coraz mniej. Rozmyślałem o obrazach, które są drogie wielu ludziom: o zdjęciach- pamiątkach rodzinnych a także o obrazach religijnych, do których powraca się latami, które traktuje się z czcią i nabożnością. Co w sobie mają, że są tak drogie ludzkim sercom, że magnetyzują? Paradoksalnie obrazy te są zazwyczaj kiepskiej jakości technicznej, a często wręcz zaskakują wysokim poziomem kiczu. A jednak są bezcenne… Doszedłem do oczywistego wniosku, że przedstawiają one wielką wartość nie ze względu na nie same, lecz ze względu na wyjątkową rzeczywistość, do której odnoszą tego, kto je ogląda. Wobec tej funkcji piękno estetyczne schodzi na drugi plan, w większości przypadków wydaje się nawet nieistotne…

Pomyślmy o takich przykładach. Kto z nas rozczulając się nad zdjęciem swojej mamy w wieku, gdy uczęszczała do pierwszej klasy szkoły podstawowej, będzie zastanawiał się nad jego techniczną niedoskonałością? Albo ilu niewierzących stałoby dłużej przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, przed który garną się tysiące ludzi rocznie, gdyby zawisnął ot tak, w którymś z muzeów? (Ja sam pewnie dłużej stałbym np. przed jakimś szkicem matki i dziecka wykonanym przez Wyspiańskiego).

Piękna nie można jednak sprowadzać do poziomu utylitarnego. Czy chwytanie go w spontanicznym pragnieniu (pożądaniu?) wydaje się bardziej sensowne od robienia zdjęć z wizją, czemu to piękno ma służyć? Susan Sontag napisała w swojej słynnej książce „O fotografii”, że nie ma złych zdjęć, bo po dostatecznie długim czasie każde z nich nabywa ogromnej wartości, niezależnie do jego poziomu artystycznego. Czy do budowania wspomnień nie wystarczą „zwykłe” zdjęcia wykonane smartfonem? Czy jako fotograf z zawodu jestem w stanie wyrazić poprzez zdjęcia coś więcej? Jeśli tak, to co?

Jeżeli ktoś z Was mógłby podzielić się przemyśleniami na temat, który poruszyłem w tym wpisie, to będę naprawdę bardzo wdzięczny. Zapraszam!


Magia czy Jezus

Magia czy Jezus

Święta już w zasadzie minęły, a ja wciąż myślami do nich powracam. Dobrze mi z tym, że zostaliśmy, jak co roku, obdarowani wieloma wspaniałymi prezentami. Najwspanialsze zaś dla mnie są te: życzenia świąteczne. Dlatego właśnie zwracam baczną uwagę na ich treść. Odkąd sięgam pamięcią zawsze w moim życiu doniosłą rolę w kształtowaniu codzienności przypisywałem słowom. Zapewne wiąże się to z tym, że „w towarzystwie” jestem małomówny, uznając przeważnie, iż nie mam nic ważniejszego do powiedzenia niż do wysłuchania. Jestem mocno świadom tego, ile zamieszania w percepcji świata naszych dzieci potrafią wyrządzić złe słowa, które niepotrzebnie wypowiadam. Wiem też, jak rozpromienia się twarz mojej Żony, kiedy usłyszy parę ciepłych słów pod swoim adresem (oczywiście bez kokieteryjnego fantazjowania!). Uznając moc słowa, z niecierpliwością czekam na świąteczne życzenia. Ale to nie z mojego powodu inni przesyłają nam życzenia. Ani nie z powodu mojej wspaniałej Żony, ani dzieci… Jako chrześcijanie cieszymy się z tego, że Słowo stało się ciałem, cieszymy się, że Jezus wybrał i uświęcił proste, skromne życie rodzinne.

To z Jego powodu czujemy się przynagleni do wypowiadania dobrych słów pod adresem drugiego człowieka

I oto różni znajomi życzą nam ostatnio magii czasu świątecznego. Życzą odpoczynku i spokoju. Życzą dostatku i pomyślności. I koniecznie zdrowia, bo ono jest oczywiście najważniejsze. Oczywiście…

Oczywiście, niewiele się zmieniło przez dwa tysiące lat. Jezus jest ukryty, czeka jakby na uboczu, poza tłumem, poza mainstreamem świątecznych dobrych słów. Dla mnie to alternatywa rozłączna- albo magia, albo On. Moja ocena sytuacji nie jest jednak surowa. Dobrze wiem, że jestem człowiekiem w pewnym sensie ułomnym, przeważnie niezdolnym do uchwycenia sedna rzeczy. Zakładam, że kondycja innych ludzi jest podobna: przytłoczeni codziennością trosk nie zawsze potrafimy dotknąć istoty naszej egzystencji, ślizgając się jedynie po jej powierzchni.

Staram się więc patrzeć na serca moich bliskich, a te napełnione są czułością i troską o przyjaciół

Próbuję omijać słowa, a odczytywać intencje tych, którzy z całego serca chcą mojego prawdziwego szczęścia. I wówczas napełnia mnie radość, że w świecie tyle dobra z powodu Słowa, które stało się ciałem…


Bliźniaczki

Bliźniaczki

Witajcie! Wyznaję, że od dłuższego już czasu narasta we mnie pragnienie spisania historii pewnego rodzeństwa. Ponieważ historia ta jest piękna i niezwykle pouczająca, postanowiłem, że nie będę chował jej wyłącznie dla siebie i moich najbliższych, lecz podzielę się nią z innymi. Czuję się wręcz zobowiązany wobec wielu osób, by przedstawić ją na łamach tego bloga.

Pewnego dnia małżonkowie z wielką radością potwierdzili swoje przypuszczenie, że pod sercem kobiety zakwitło nowe życie. Nowe życie, nowa nadzieja, na nowo dojrzewająca miłość… Radość mężczyzny była tym większa, że nieśmiało przez wiele lat liczył na to, że kiedyś zostanie ojcem bliźniąt. I proszę, lekarz po wykonaniu badania oznajmił, że małżonkowie oczekują dwojga dzieci! Piękne są chwile, w których takie oczekiwania znajdują swoje spełnienie.

O ile dobrze przypominam sobie tę historię, rodzice przeczuwali, że bliźnięta to dziewczynki. Jakoś tak po prostu być musiało. Kolejna standardowa wizyta u lekarza i kolejne badanie przyniosło rodzicom dwie ważne informacje. Po pierwsze, z bardzo, bardzo dużym prawdopodobieństwem można było stwierdzić, że dzieci, na które czekają, to faktycznie dziewczynki. Po drugie, życie jednej z dziewczynek mogło być zagrożone; lekarz zasiał niepokój w sercach rodziców informując o pewnych objawach wskazujących na problem ze zdrowiem. Jaki to problem- nie było wiadomo, ale należało liczyć się z tym, że raczej poważny…

Od czasu, gdy rodzice podzielili się ze znajomymi swoimi obawami dotyczącymi jednej z bliźniaczek, otoczeni zostali wielką życzliwością i serdecznym zainteresowaniem. Wiele osób pocieszało ich, że niepokojące objawy, na które zwrócił uwagę lekarz, tak naprawdę na nic konkretnego nie wskazują. Może tak się zdarzyć (a krąży wiele takich historii), że dziewczynka urodzi się po prostu zdrowa, więc nie ma co martwić się na zapas.

Pierwszych kilkanaście tygodni tego błogosławionego stanu oczekiwania upłynęło w zasadzie w radości podszytej jedynie lekkim niepokojem. Tak to już jest z miłością, że troska o kochaną osobę jest jej naturalną składową. Niepokój rodziców zaczął jednak z czasem narastać. W 22 tygodniu matka z powodu coraz bardziej uciążliwych nieprawidłowości trafiła do szpitala. Okazało się, że musi spędzić tam wiele dni.

Mąż odwiedzał ją co wieczór. Pewnego razu, gdy przyszedł, żona wyszła mu naprzeciw zapłakana i przytłoczona ogromnym żalem. Dziewczynka nie żyje…

…..

Kilkanaście dni po tej tragedii stało się niemal pewne, że poród drugiej dziewczynki nastąpi lada dzień, lada godzinę. Można było do pewnego stopnia zwiększyć szanse jej przeżycia poprzez stymulację rozwoju nierozwiniętych jeszcze płuc i kibicować, by nie spieszyła się za bardzo z przyjściem na nasz świat. Niewiele jednak czasu miała druga z dziewczynek, by przygotować swoje słabe ciałko na zderzenie z totalnie inną rzeczywistością. Wkrótce się urodziła i w ciężkim stanie trafiła na Oddział Intensywnej Terapii Noworodków i Wcześniaków. Podłączona licznymi przewodami do rozmaitych urządzeń rozpoczęła walkę o życie. Nie było łatwo: poważna wada serca, niedorozwinięte płuca, rotawirusy, sepsa, poważne problemy z oczami…

Wygrała walkę. Cudem. Trzy ciężkie miesiące na oddziale. Każdego dnia jej kruchego życia śmierć jawiła się przedziwnie realna, namacalna. Kiedy straci się jedno dziecko, ból rodzica stawia wszystkie sprawy w zupełnie innym świetle. To MOŻE się wydarzyć. Śmierć bezbronnego maleństwa jest zupełnie realną wizją, rzucającą cień lęku na doświadczanie życia innych.

A co takiego urzekło mnie w tej historii?

Dziewczynkę, z niepokojąco mocno podwyższoną przeziernością karkową, nazwaliśmy- Marysia. Drugą z dziewczynek- Agatka. Bardzo martwiliśmy się o Marysię. Kiedy moja żona trafiła do szpitala z problemami w przebiegu jej błogosławionego stanu, pewien siebie lekarz stwierdził, że Marysia ma najprawdopodobniej poważną wadę genetyczną i że, ogólnie rzecz biorąc, nic dobrego nas nie czeka. Życie Marysi zawisło na włosku, ja z ósemką dzieci zostałem w domu. Każdego wieczora, po uporaniu się z ojcowskimi obowiązkami od przytulenia po wywieszenie prania, gdy tylko położyłem spać najmłodszą córkę, leciałem do szpitala zobaczyć się z obolałą Żoną.

Nadzieja jednak nie opuszczała nas prawie nigdy, ponieważ dane nam było dostrzec piękno drugiego człowieka.

Otwórzcie sobie jakiś portal informacyjny (a dziś jest to jedno z podstawowych źródeł czerpania wiedzy o świecie) i przeczytajcie, co dzieje się wokół. Jest czym się smucić… Czytamy o ludziach nieczułych na cierpienie innych, o zalewającym nas złu płynącym z przewrotnej natury ludzkiej. Tymczasem ja wychodziłem na ulicę, do sklepu, przed dom, otwierałem facebooka, skrzynkę mailową itd. i spotykałem ludzi autentycznie zainteresowanych naszym dramatem, gotowym nieść nam pomoc w razie potrzeby, pocieszających nas i zapewniających o naszej obecności w ich sercach. Na ulicy- dosłownie- i w internecie spotykałem osoby, których prawie nie znałem, a które z przejęciem pytały o los naszych córek. Pewnego wieczoru moja Żona, ze łzami w oczach powiedziała, że Agatka nie żyje. Jej śmierć wstrząsnęła całą naszą rodziną. W równym jednak stopniu nas zaskoczyła, bo przecież odeszła właśnie ona- zdrowo rozwijające się dziecko…A Marysia żyła! Parę dni później, kiedy wszyscy kibicowaliśmy, żeby jeszcze trochę poczekała, ona wbrew naszym nadziejom mając zaledwie 26 tygodni urodziła się jako wcześniak w stanie krytycznym, obciążona poważną wadą serca. Wolna jednak od tych wad genetycznych, o których nas prawie zapewniano. Trudno byłoby mi opisać wszystko, przez co ta dzielna dziewczynka przeszła- jej wypis ze szpitala to 40 stron A4!

W naszych przeżyciach tamtego czasu ból i niepokój wciąż mieszały się z radością i podziwem dla dobra i poświęcenia drugiego człowieka.

Podziwiałem tak moją Żonę, jak i pielęgniarki na oddziale, które z wielkim oddaniem i czułością zajmowały się Marysią przez trzy miesiące. Wszystkim ludziom jestem niezmiernie wdzięczny.

Dziś Marysia jest już w domu z nami od czterech miesięcy. Ze względu na „bogatą przeszłość kliniczną” chodzimy z nią do wielu specjalistów. Każdy jest zadziwiony zdrową dziewczynką! Pewnie, nie wiadomo jeszcze do końca, co ze wzrokiem (choć nie jest najgorzej), co ze słuchem (choć na razie wyniki są pozytywne), co dalej z sercem… Ale żyje, jest pogodna, radosna, kontaktowa i ujmuje wszystkich za serce! Każdy, kto zastanowi się przynajmniej na moment nad tą historią, znajdzie wiele pouczeń. Nie będę się rozpisywał- każdy widzi to, czego mu potrzeba. Pomyślcie proszę, zwłaszcza w tym czasie świątecznym, ile dobra rodzi się na ziemi każdego dnia. Dobra, które nie jest krzykliwe, nie reklamuje się na billboardach, ale przychodzi w ciszy… Nie obiecuje ono łatwych spłat, owszem, wymaga i czasem rani serce, ale daje tyle radości, otwiera na piękno… Pozwólmy się nim zaskoczyć, zdystansujmy się do naszych obaw, lęków i braków, bo i tak scenariusz, który rozgrywa się w naszym życiu, jest przeważnie inny od tego, który niezdarnie sobie projektujemy…


We mgle

We mgle

Zdjęcia mają pewną cechę, która sprawia, że oglądając je, przebiega mnie niekiedy po plecach dreszczyk. Otóż patrzę na fotografię, która przedstawia jakąś nieznaną mi osobę: młodą i z wyglądu pogodną. Widząc ją wyobrażam sobie niejasno jej nadzieje na przyszłość, jej plany i marzenia. Myślę sobie o całej narracji jej życia, o niespodziankach, które to życie przyniesie, o szansach na radość i smutek. A po chwili dociera do mnie, że przecież mogę spojrzeć na historię tego życia jakby z drugiego końca. Z jakimś dziwnym przerażeniem stwierdzam, że historia ta, tutaj na ziemi, dawno już się skończyła. Tak niewiele po tej osobie pozostało… Jednocześnie zatem wiem, że przed człowiekiem, na którego spoglądam, czekają być może jeszcze całe lata wydarzeń, radości, walki o życie, i wiem też, że w rzeczywistości już wszystko za nim, że została jedynie pamięć, obecność w sercach tych, którzy go znali, co nieco słyszeli. Daj Boże pamięć przychylna. 

Przeważnie jednak patrząc na zdjęcia nie doznaję uczuć tak skrajnych. Widzę kogoś za młodu, wiem też, jak dziś wygląda. I tam pięknie, i tu ciekawie. Dziś właśnie chciałbym króciutko odnieść się do paru zdjęć, które znalazłem ostatnio na naszym „archiwalnym” dysku. To zdjęcia z roku 2008, z czasu, gdy mieszkaliśmy z żoną i trójką dzieci w małym, uroczym miasteczku. Pewnego dnia wybraliśmy się z dwiema córkami i synem na spacer. Był listopad, wspomnienie wiernych zmarłych, a my z młodymi ruszyliśmy radośnie zdobyć miejscowy szczyt- niewiele ponad 200 m n.p.m. 

Fotografie wykonane tamtego dnia wydają mi się bardzo metaforyczne.

Wybraliśmy się na naszą wyprawę we mgle, przed nami roztaczał się mocno zamazany widok bardzo atrakcyjnego wzgórza, niejasna obietnica czegoś pięknego. Wyruszyliśmy nie wiedząc dokładnie, co przed nami. Nie zastanawialiśmy się wówczas nigdy nad ewentualnym trudem naszych wycieczek. Po prostu przeczuwaliśmy piękno wyprawy, ekscytację małej przygody kolejnego dnia. I taki właśnie charakter miało to nasze życie… (dziś już jesteśmy trochę bardziej przewidujący- starzejemy się, czy jak?) Absolutnie nie domyśliłbym się wówczas, maszerując z synem i dwiema córkami (młodsza na zdjęciu na rękach mojej żony), jak będzie wyglądać nasza rodzina za dziesięć lat!

Patrząc na tamte zdjęcia z 2008 roku stawiam siebie w sytuacji wyjścia w podróż życia rodzinnego: przeczuwam jego piękno, nie mając pojęcia, co mnie czeka.

Wcale nie pomyślałbym o tym, co chcę w tej chwili z radością oznajmić, że czekając na bliźnięta, czekamy prawdopodobnie (tak uważa lekarz) na kolejne dwie córki! Już teraz dziewczyny, na początku wieku nastoletniego, wiele- ujmując to skrótowo- gadają, głośno się spierają, przeżywają dość skomplikowane stany emocjonalne. I znowu nie wiem, co przede mną… Ale biorąc pod uwagę doświadczenia innych rodziców w wychowywaniu nastolatek, już drżę z niepokoju, jak będzie wyglądał nasz dom za parę lat, gdy będzie w nim trajkotało osiem pięknych córek- każda z nieskończenie skomplikowaną kobiecą psychiką urozmaiconą dodatkowo urokiem dorastania. Na drugim zdjęciu możecie zobaczyć, jak ta sama dziewczynka w żółtym skafandrze wygląda dziś, po dziesięciu latach…


Na wieki

Na wieki

Całkiem niedawno poszukując pewnych zdjęć przeglądałem zewnętrzny dysk, na który zgraliśmy z Żoną nasze fotografie zrobione dobrych już parę lat temu. Zanim odniosę się (w następnym wpisie) do paru zdjęć, na które się wówczas natknąłem, to chciałbym podzielić się pewną refleksją, jaka wówczas mnie naszła, a która mocno uświadomiła mi pewien problem. Otóż po śmierci Babci znalazłem w jej komodzie cudowny stary, stary, a chyba jeszcze i starszy skórzany album ze zdjęciami osób, być może moich przodków, o których pamięć dawno już wygasła. Zdjęcia te, wykonane w jednej z dawnych szlachetnych technik fotograficznych, zachowały się w stanie znakomitym. Po kilku chwilach przeglądania albumu liryczne sepie przeniosły mnie do odrealnionej przestrzeni, w której mogłem obcować z kimś tajemniczym i nigdy niepoznanym. Jednocześnie te prastare fotografie ukazały mi przecież, z całą typową dla tego medium wyrazistością, osoby „z krwi i kości”. Choć mimika sportretowanych, zaklętych w albumie Babci, wydaje się w gruncie rzeczy sztuczna, wręcz teatralna, to jednak byłem w stanie dokładnie przyjrzeć się rysom każdej twarzy. Zapewne na podstawie techniki wykonania tych fotografii oraz spojrzenia na ubiór osób z albumu wpisujący się w modę danego okresu, można by spróbować określić wiek tych fotografii. Nie przesadzę jednak, jak powiem, że pi razy drzwi mają one grubo ponad sto lat. Ależ to uczucie patrzeć na osoby, być może na swoich przodków, sprzed ponad wieku!

Opisałem to moje odkrycie po to, by zachęcić Was (i siebie) do pomyślenia o tych, którzy za parę lat zapragną zobaczyć nas na swoich zdjęciach. Wciąż usiłujemy robić jak najlepsze zdjęcia, żeby ująć jak najwięcej chwil, które umykają pamięci, ale pomijamy troskę o to, by nasze fotografie przetrwały dla potomnych. Srebro, żelazo, platyna, czy ich związki, z których zbudowane są obrazy na dawnych zdjęciach, spisały się po mistrzowsku, jeśli chodzi o walor archiwalności. Jeżeli zdjęcie nie zostało podarte w przypływie emocji, nie doświadczyło jakiejś masakry żywiołowej, to najgorsze, co mogło mu się przydarzyć, to pożółknięcie i wypłowienie. Rok temu udało nam się jeszcze z Żoną przegrać na zewnętrzny twardy dysk nasze zdjęcia sprzed paru lat, które nagrywaliśmy wtedy na płytach CD. Dziś już zawartość sporej części z tych płyt jest nie do odtworzenia na domowym komputerze. Od czasu nagrania zdjęć na płytach minęło osiem do dziesięciu lat. A co będzie za 20 lat? A za 100? Czy ktoś będzie w stanie jeszcze odtworzyć te zdjęcia? Dlatego zachęcam do przemyślenia również i tego aspektu naszego „uwieczniania” chwil…

PS Ze względu na budowę albumu z kredensu Babci, nie byłem w stanie zeskanować fotografii, które zawiera. W powyższym wpisie zamieściłem skany fotografii, jakie również odnalazłem w kredensie, lecz złożone luzem. Zdjęcia te, choć bardzo stare, są znacznie młodsze od tych z albumu.


Zmiany

Zmiany

Wydaje mi się, że ten, kto odkryje prawdziwe szczęście, odczuwa w sobie jednocześnie przemożną chęć dzielenia się nim z innymi wokół. „Propagacja” szczęścia w świecie przypomina mi trochę plotyńską formułę określającą dobro: bonum est diffusivum sui– z samej już swojej natury dobro chce rozlewać się na inne byty. W ostatnim wpisie dzieliłem się z Wami szczęściem, które spotkało naszą rodzinę. Przyjmujemy nowe życie jako bezcenny dar, będąc jednocześnie świadomymi powiększenia trudu rodzicielskich obowiązków. Ciało mojej Żony coraz bardziej potrzebuje odpoczynku i regeneracji, tak podczas nocnego snu, jak również choćby przez chwilę w ciągu dnia. A tu wciąż jeszcze nasza Najmłodsza-z-urodzonych budzi się po nocach, wzywając nas do siebie nawet po kilka razy. Osłabiony kręgosłup jej matki, pobolewające nogi… Radość na ziemi przeważnie doprawiona jest szczyptą trudu i bólu.

Jeżeli prawdziwa miłość daje z siebie, to nie może obejść się bez rezygnacji, bez oddania czegoś, co miłe, już oswojone i drogie naszemu sercu

Kiedy odkryliśmy, że czekamy na Maleństwo, pomyśleliśmy, że być może czas już przeorganizować nasze życie. Ale kiedy dowiedzieliśmy się, że spodziewamy się dwojaczków, zdobyliśmy pewność, że powinienem poszukać takiej pracy, w której mógłbym w dużej mierze sam organizować jej czas i związanie z nią obowiązki. Bardzo ucieszyłem się, że Młoda przestała już być karmiona piersią i że w końcu to ja będę mógł do niej wstawać w nocy, tak żeby moja Ukochana wreszcie mogła się wysypiać. Dlatego też bardzo zależało mi na tym, żeby znaleźć taką pracę, która pozwoli mi w większym stopniu pomagać jej w obowiązkach domowych, takich jak odprowadzanie i przyprowadzanie dzieci ze szkoły, zakupy, wszelkie prace związane z dźwiganiem, mocniejszym wysiłkiem… Nierzadko doświadczam tego, że wraz z nadejściem w życiu nowego etapu, który przynosi z sobą wspaniałe możliwości, trzeba mi pożegnać się z tym, do czego już się przywiązałem, co stało się takie mocno moje, poznane i pokochane. Żeby spróbować zdobyć pracę dającą mi pewną „elastyczność” czasową, musiałem niemal całkowicie odejść z pięknego miejsca, w którym przez prawie osiem lat kształtowało się moje człowieczeństwo. Miejscem tym jest Przyjazny Dom. Chciałbym napisać, ile zawdzięczam osobom, które tam spotkałem, ale jestem świadom tego, że żadne słowa nie oddadzą cudowności relacji, które tam nawiązałem. Powinienem pewnie zamieścić dobrych kilka wpisów (sądzę, że będę wracał do tego tematu), żeby choć w jakimś stopniu ukazać Wam, jak wielkim dla mnie darem była praca w Przyjaznym Domu.

Patrząc na moją historię postrzegam ją w klimacie ironicznego humoru: przez wiele lat marzyłem o tym, żeby zostać pracownikiem naukowym, działać w towarzystwie osób, dla których priorytetem jest systematyczna analiza rzeczywistości. Tymczasem moje życie od wielu już lat wygląda tak, że na co dzień przebywam z gromadką dzieci w domu, a w pracy z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. I ja, który chciałem nauczać innych, stałem się uczniem tych, których powszechnie nie posądza się o dar nauczania. Jestem też przekonany, że jako rodzic, opiekun i terapeuta nie nauczyłem nikogo w moim środowisku tyle, ile sam zostałem tam nauczony. Nie wyświadczyłem tam nikomu tyle dobra, ile sam przyjąłem. Zauważyłem przy tym, iż często jest tak, że z wielkimi oporami zabieramy się do jakiegoś dzieła, wykonujemy je i jesteśmy zadowoleni, że zrobiliśmy coś dobrego, może nawet wielkiego. Tymczasem za całym tym przedsięwzięciem skrywa się taka prawda, że to my potrzebowaliśmy wsparcia i w naszym dziele otrzymaliśmy więcej dobra od ludzi wokół, niż byliśmy w stanie komukolwiek wyświadczyć. Teraz jednak, przyjmuję nowy dar, jednocześnie rezygnując z tego, co takie cenne. Postanowiliśmy, że wrócę do mojego wcześniejszego zawodu, w którym łączyłem jedną z moich pasji z pracą zarobkową. Wracam do fotografowania.


Szczęścia chodzą parami

Szczęścia chodzą parami

Nietrudno zauważyć, że wielu z nas (do których i ja się niechlubnie zaliczam) zbyt łatwo dostrzega mnożące się problemy i żyje z przygnębiającą pewnością panowania, niczym grecka Mojra, paskudnej alternatywy typu „jak nie urok, to …” itd. Bywamy stanowczo za często przekonani, że wciąż niesprawiedliwie spadają na nas liczne nieszczęścia. A na dodatek, przekonaniu temu towarzyszy intuicja, że jak już się jedno przyplącze, to niechybnie przyjdzie drugie. Bo niestety nieszczęścia mają to do siebie, że „chodzą parami”. Jak bardzo nie chciałbym tak funkcjonować, oj, jak bardzo! Przecież im jestem starszy, tym bardziej doświadczam tego, że w całościowym spojrzeniu wszystko, co dzieje się w moim życiu, jest jednak swego rodzaju SZCZĘŚCIEM. Czasami nie trzeba czekać lat potrzebnych do całościowego spojrzenia, by przyjąć szczęście, które jest wyjątkowo namacalne, widoczne i oczywiste. O takim szczęściu chcę dziś napisać. Dlatego dzisiejszy wpis musi, po prostu musi, być jak najbardziej pozytywny.

Bo oto nasza rodzina doświadczyła cudu, który mógłbym określić, parafrazując to nasze znane ludowe powiedzenie: „Szczęścia przychodzą (do nas) parami”.

Chciałbym w imieniu całej rodziny podzielić się z Wami tym szczęściem. Parę tygodni temu odkryliśmy nowy skarb pod sercem mojej wspaniałej żony. Były to dla nas chwile wielkiej radości, przyprawionej oczywiście szczyptą troski, która towarzyszy nieodłącznie każdemu rodzicowi od samego początku życia, które poczyna. Ale przede wszystkim radość w rodzinie! Nasze dzieci powitały poczęcie swojego rodzeństwa z wielkim entuzjazmem (no dobra, było też odrobinę narzekania w stylu: a jak to będzie kolejny krzykacz kalibru Faustynki?!?). Entuzjazm naszych dzieci pobudził je do twórczej ekspresji, która pięknie ilustruje nastrój tamtych dni:

Nasze ukochane Dziewiąte Maleństwo…

Każde życie jest wielkim darem, który może być przyjęty w duchu prawdziwej radości. Wiele prezentów, które dostajemy, przestają nas cieszyć, bo spełniają nasze zachcianki, z których wyrastamy, bo starzejąc się stają się nudne, banalne, płytkie.

Życie jest dla rodziców darem, który nie przestaje przynosić prawdziwej radości płynącej z praktykowania miłości w najwyższym jej wymiarze: oddawania życia za życie.

Ale poza tym ile nas spotkało- i jeszcze spotka- szczęśliwych chwil: zapewnienia wsparcia na wielu frontach od najbliższych (czy nie jest to piękne, że również obcy ludzie mobilizują się do większej miłości?), przyjęcia szczerych gratulacji, wyrazy nieudawanej uciechy przyjaciół naszych dzieci, poszukiwanie tych, których obdarzymy szczególnym zaufaniem i propozycją głębszej relacji- czyli wybór rodziców chrzestnych, ekscytująca zagadka płci i temperamentu… I wiele innych. Po pewnym czasie od naszego odkrycia, moja żona wybrała się do lekarza, który standardowo wykonał badanie USG, wykonując Maleństwu pierwsze zdjęcie:

Sami zobaczcie, wynik badania okazał się dosłownie szokujący! Czekamy na bliźnięta Tym razem nasze szczęście jest podwójne!!! Bo szczęścia chadzają parami…